PCkurier:99.19

Wieża z kości słoniowej

Paweł Wimmer

Od dłuższego czasu zastanawiam się nad formułą szlachetnego w zamyśle konkursu InfoStar, który najwyraźniej nie jest w stanie nadążyć za szybko zmieniającą się rzeczywistością. Nie ujmując nic, ma się rozumieć, zasługom dotychczasowych laureatów (są przecież wśród nich powszechnie znane i poważane nazwiska), można odnieść wrażenie, że w kluczowej kategorii, czyli popularyzacji informatyki, kolejne gremia jurorskie mają coraz mniejszy kontakt z realiami.

Tak się składa, że zacna kapituła konkursu, zmieniająca się w miarę pojawiania się kolejnych laureatów, jest zazwyczaj złożona z eminencji świata komputerów, znających się doskonale z seminariów, bankietów, konferencji i wojaży. Ten zamknięty krąg nie potrafi jakoś zejść z chmur i zupełnie nie dostrzega tego, co się dzieje na samym dole, za sprawą ludzi nie mieszczących się w śmietance towarzyskiej środowiska informatycznego.

Od paru lat, żeby się posłużyć najbardziej chyba sztandarowym przykładem, usiłuję dociec, kiedy zostanie dostrzeżony i uhonorowany InfoStarem wysiłek Ziemka Borowskiego, prowadzącego znakomity serwis WWWfaq, wykładający fundamenty Internetu. Przez cztery lata systematycznej pracy została tam zgromadzona prawdziwa encyklopedia Internetu, stale aktualizowana, dostępna dla wszystkich za darmo, bez żadnych ograniczeń. Trudno byłoby pominąć ogromne kompendium Narzędzia sieciowe, którego autorem jest Wojciech Myszka, a przecież powoli rozwijają się kolejne centra informacyjne, które kiedyś będą aspirować do miana fundamentów. Ciekaw jestem, dlaczego te szlachetne przykłady bezinteresowności przegrywają z osiągnięciami innych osób, których nominacje są zazwyczaj motywowane "inspirowaniem, kierowaniem, pobudzaniem, organizowaniem" i innymi tej maści ogólnikami. Odpowiedź jest prosta - ludzie decydujący w danym momencie o kolejnych nominacjach, a potem o nagrodach, nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje w Internecie, który urósł przecież w ostatnich latach do roli najważniejszego medium popularyzacji informatyki. Nie są nim wszakże niskonakładowe książki czy nieistniejące praktycznie programy telewizyjne.

Panie i Panowie jurorzy, pochylcie się nad dwoma milionami polskich internautów i nad trzema milionami stron w naszym zakątku Sieci. Zauważcie wyrastające pokolenie młodych ludzi, którzy już teraz przystępują do budowania zrębów Społeczeństwa Informacyjnego, i raczcie dostrzec w nim przyszłych kandydatów do wyróżnień. To właśnie oni, bez nagród, honorariów i medali, budują dobro publiczne, jakim jest powszechnie dostępna informacja, także o informatyce. Jeśli w pozostałych kategoriach konkursu dominują gwiazdy biznesu, warto by było pozostawić popularyzację głównie dla tych, którzy bez fanfar i jupiterów wykonują konkretną pracę, wymagającą często setek godzin wysiłku, honorowanych zwykle jedynie wdzięcznością jej odbiorców. Upominam się o nich, bo wymaga tego i szacunek dla faktów, i elementarna sprawiedliwość.

Bez gruntownej wiedzy o rzeczywistym stanie nowego medium wszelkie próby namaszczania wybrańców sprowadzą się ponownie do dreptania w miejscu i biernego szperania w znanym sobie, zamkniętym świecie - z niewiedzy, z braku czasu, z niechęci do zanurzenia się w nieznanym oceanie. Nie można dopuścić do tego, by poczynania kolejnych kapituł zaczęły być postrzegane jak wirowanie towarzystwa wzajemnej adoracji, jak przewrotna realizacja hasła business-to-business, żeby się posłużyć modną sentencją ze świata gospodarki i mediów.

Wydaje się, że nadszedł już czas na fundamentalne zmiany formuły - InfoStar był zawsze odbierany jako nagroda prestiżowa, warta wzmianki w curriculum vitae, nekrologu i płycie nagrobkowej. O tak ważnym wyróżnieniu decyduje jednak za każdym razem zespół doraźnie zgromadzonych osób, które dostąpiły rok wcześniej zaszczytu stania się gwiazdą informatyki. Konia z rzędem dla tego, kto udowodni, że doskonałość laureata jest tożsama z wszechwiedzą i sprawiedliwością jurora. Jeśli nagroda ta ma być odbiciem najważniejszych osiągnięć w poszczególnych kategoriach i zachować swój status, przynajmniej w społecznym odbiorze, jej fundamentem musi być grono ludzi, którzy mają rzeczywiste rozeznanie w najszerzej pojętych mediach, z Internetem na czele.

Swojego prywatnego InfoStara, nie popartego dyplomem i wpisem do honorowej księgi, nie wspartego autorytetem członka kapituły, przyznaję Ziemkowi Borowskiemu, który dla popularyzacji informatyki zrobił szczególnie wiele, choć jakoś wysokie gremia nie chcą o tym wiedzieć. Ale niech przynajmniej wie o tym kilkadziesiąt tysięcy czytelników naszego pisma.