PCkurier:98.19

Portale po polsku

Paweł Wimmer

Niemal każdy internauta definiuje w swojej przeglądarce jakąś stronę startową, która staje się punktem wyjścia jego internetowych wędrówek. Ta prosta czynność, której jeszcze do niedawna nikt nie przydawał najmniejszej wagi, urasta teraz do rangi ważnego wyboru o charakterze ekonomicznym, a jej wykonawca staje się obiektem adoracji firm obracających setkami milionów czy nawet miliardami dolarów.

Tę radykalną zmianę spowodował oczywiście interes, czemu trudno się zresztą dziwić, gdyż pieniądze zawsze budzą największe emocje. Kilka ostatnich miesięcy to okres prawdziwej gonitwy światowych potentatów informacyjnych, którzy prześcigają się w oferowaniu w swoich witrynach internetowych coraz bardziej wyrafinowanych usług, udostępnianych oczywiście za darmo. Chęć przeskoczenia oferty konkurencji powoduje prawdziwą spiralę "zbrojeń", z której korzystają przede wszystkim setki tysięcy i miliony anonimowych gości.

Klucz do zagadki tej niespodziewanej hojności leży oczywiście w profitach z reklam, a im witryna ciekawsza, im bogatsza w usługi, tym chętniej odwiedzana i tym większe daje szanse reklamodawcy, że jego niepozorny banner (niech mi ustawa o języku łaskawie wybaczy to zapożyczenie) przełoży się w należnej proporcji na wzrost obrotów jego firmy. A dla tych, którzy skaczą już na głowę w nurty handlu internetowego, upatrując w nim swojej przyszłości, to inwestycja ze wszech miar opłacalna, czego przykładem stał się ostatnio choćby Dell.

Te specjalnego rodzaju strony zyskały sobie nawet miano "portal", czego źródłosłowem jest oczywiście łaciński wyraz "portale", oznaczający ozdobne obramowanie wejścia, a potocznie także samo wejście, zazwyczaj o monumentalnym charakterze. Faktycznie, funkcjonalna ornamentyka tych ogromnych serwisów zdaje się zaspokajać gros potrzeb przeciętnego internauty, szczególnie tego, dla którego komputer nie jest kapliczką, lecz efektywnym narzędziem komunikacyjnym.

Przejrzenie polskiego zakątka Internetu przekonuje dowodnie, że nie dorobiliśmy się jeszcze takich portali, choć wiele serwisów walczy o przychylność czytelników, bardziej jednak chyba ze względów ambicjonalnych i propagandowych niż ekonomicznych. Niektórzy doliczają się już w polskim Internecie więcej niż dwóch milionów głów, ale ciągle Sieć ma bardziej charakter ciekawostkowo-rozrywkowy niż informacyjny i gospodarczy.

O stanie ducha wielu polskich firm, także i niektórych komputerowych, świadczą ich witryny - niby wypada być obecnym, ale w zasadzie na podstawowych informacjach się kończy. To trochę tak, jak z funduszami inwestycyjnymi za komunistycznego ancien regime'u - gdy przychodził grudzień, wydawano pieniądze na byle co, aby tylko centrala nie obcięła ich w następnym roku. Najwyższym stadium tej obojętności, żeby pozostać w językowym kręgu tamtej poetyki, jest nieodpowiadanie na wysyłaną bezpośrednio z witryny pocztę elektroniczną, choć na stronie zachęca oczywiście do tego jakaś animowana łapka wysuwająca się ze stylizowanej skrzynki pocztowej. Zaznałem ostatnio tego osobliwego doświadczenia, gdy na trzy wysłane do firm komputerowych pytania otrzymałem odpowiedź tylko od jednej, choć bezczelnie liczyłem na to, że z prasą informatyczną nikt nie będzie chciał zadzierać. Jednak jako osobnik pozbawiony skłonności do rewanżyzmu spuszczam niniejszym zasłonę miłosierdzia na tożsamość owych firm...

Rodzi się pytanie, kto właściwie powinien się zająć budowaniem owych "bram". Nie ulega wątpliwości, że są do tego potrzebne ogromne środki finansowe i zespoły fachowców o wysokich kwalifikacjach, zajętych od rana do wieczora pielęgnowaniem i rozwijaniem usług. Na takie inwestycje mogą sobie pozwolić bogate firmy, o znacznie bardziej wypchanych sakiewkach niż prasa komputerowa, która jest z kolei "ideologicznie" najbardziej dojrzała do tego typu przedsięwzięć i wykazuje w największym stopniu stosowny "instynkt".

Osobiście stawiam na wielkie firmy medialne, które mają do zaoferowania to, co może przyciągać każdego ranka do ich stron - pachnącą świeżością informację, wszechstronną, aktualizowaną kilka razy dziennie, bogatą w "środki wyrazu". Upatruję sukcesu potencjalnych koalicji działających na różnych polach mediów, które informację słowną uzupełnią przekazem dźwiękowym i wideo, korzystając z dostępnych już, wysokiej klasy narzędzi. To właśnie ta informacja, obudowana dodatkowymi usługami, może się stać magnesem przyciągającym co dzień tysiące i tysiące internautów, korzystających coraz powszechniej z szybkich modemów i stałych łączy. Takie właśnie ośrodki są wymarzonym miejscem prezentacji setek firm, które dojrzą w tym wreszcie swój interes, traktując Internet jak tanie, szybkie i zawsze aktualne źródło informacji, nie skrępowane naturalnymi ograniczeniami klasycznych mediów.

Nie wiem, czy nie jestem ofiarą swoistego skrzywienia zawodowego, ale sądzę, że to właśnie media, pracujący w nich sprawozdawcy codzienności, w największym stopniu odczuwają instynktowną potrzebę upowszechniania informacji - dziennikarz zawsze pozostanie dziennikarzem, jak nowofunland, który zawsze musi wyciągać kogoś z wody. Wspomagani kwalifikacjami informatyków, są w stanie zaoferować więcej życia na stronie niż niejeden potentat. A czas po temu najwyższy, gdyż rozwinięty świat ucieka do przodu, a wkrótce ten świat sam przyjdzie do nas i załatwi za nas sprawy, które powinny być naszą domeną.

Tylko żeby się chciało chcieć...